Nowy członek rodziny?

To będzie krótki wpis. Po kilku dniach siana ziarna, a potem po długim namyśle i dyskusji, podjęliśmy z Mężem decyzję! Adoptujemy kociaka! :D Tak jak Wam już pisałam, trochę pusto i nudno ostatnio, a na dziecko jeszcze nie całkiem pora więc pomyślałam, że może jakiś zwierzak? Będzie i towarzysz i jakieś zajęcie (pokiziać, wyczesać, nakarmić, kuwetkę wyczyścić :D) I choć mocno wątpiłam, że P. się na to zgodzi to tak podsuwałam mimochodem to hasło, aż w końcu zapytałam poważnie co on na to… No i podjęliśmy decyzję, że czemu nie?! Padło na kota, ponieważ nie trzeba z nim wychodzić 3 razy dziennie na spacery, a psiaka od zawsze planowaliśmy, ale jak będzie dom i ogródek.. ;)
Także atrakcji w tym tygodniu będzie co niemiara. Kończę pakowanie na jutrzejszy wyjazd i podszykowuję już mieszkanie pod nowego lokatora. Na 22 do pracy, ale tylko na 5 godzin, bo zwalniam się wcześniej aby wyspać się przed samolotem. :) Jak tylko wrócę od K. (a wracam w piątek) to idziemy zakupić niezbędne dla kociego komfortu sprzęty oraz po samego malucha. :) Jakieś pomysły na imiona dla Rudego Kociaka? ;)



Misja Ciotka!

Wielkimi krokami zbliża się mój wylot do przyjaciółki (K.), która urodziła niedawno pierwsze dziecko. :) Już w poniedziałek lecę. Muszę Wam powiedzieć, że między mną a K. bywało różnie.. Przyjaźnimy się od dzieciaka. Od przedszkola! Mieszkałyśmy na jednym osiedlu, w blokach obok siebie. Poszłyśmy do jednego przedszkola, jednak do podstawówek innych (ponieważ ja poszłam rok wcześniej i do tej co ona poszła, mnie nie chcieli przyjąć – przyjęli mnie do sąsiedniej, czego nie żałuje, bo z opowiadań wynika, że moja szkoła była fajniejsza!), potem dopiero do gimnazjum razem chodziłyśmy, do liceów znów innych (ona poszła na Humanistyczny, a moje perypetie z wyborem liceum już Wam opowiadałam :D). No i na studia też zupełnie gdzie indziej. Nie mówiąc o tym, że właśnie… w gimnazjum na wakacje pojechałyśmy razem do Francji, do jej ciotki. I niestety 2 miesiące pod jednym dachem zrobiły swoje.. Nie odzywałyśmy się do siebie dobre kilka miesięcy. Ale to był taki na prawdę duży kryzys, choć właściwie teraz to nawet nie bardzo wiem o co wtedy poszło… Postanowiłam wyciągnąć rękę po pewnym czasie. To usłyszałam, że jej jest tak dobrze, i nie potrzebuje mnie. Ot cała K. uparta i dumna jak paw. Płakałam jak głupia, bo jak wiecie jestem bardzo sentymentalna i w ogóle. Tyle lat razem, a teraz jak obce osoby.. Jednak po 2 tygodniach się odezwała, że przemyślała to jednak i w sumie to brakuje jej naszej przyjaźni i chciałaby spotkać się i to naprawić. I tak też się stało, ale…. to już nie było to samo.. Było trochę inaczej. Nie wiedzieć czemu. Czasami kilka słów za dużo na prawdę może wiele zmienić. Ale cieszę się tym co mam, że w jakiś sposób odbudowałyśmy tą relację. I może też niestety nie spędzałyśmy potem już że sobą każdego dnia po szkole, a w liceum widywałyśmy się tylko na wieczorne wspólne spacery z psami. Na studiach też rzadko, bo ona studiowała daleko i nie była w domu co tydzień jak ja… Ale mimo wszystko myślę, że choć nie jest to taka ‚codzienna’ przyjaźń to, ważne, że jest. Bo w sumie, kilka innych osób, które uważałam za przyjaciół dziś nie odzywają się wcale, a jak spotkam ich na osiedlu odwiedzając rodzinny dom to rozmowy zawężają się do pogody. Także, przyjaźń z K. jest jedyną, która przetrwała i to daje mi nadzieję wierzyć, że jest prawdziwa. :)

Szczerze, nie planowałam lotu do K. gdy urodzi jakoś od początku jej ciąży. Tylko któregoś dnia, tak gadałyśmy o tym bobasie, o planach na imię, wysłała mi zdjęcie z USG i krzyknęłam ‚CIOCI BOBASEK!’ na co ona ‚No cioci, tylko ciekawe kiedy ciocia go pozna ;P’ no to sobie myślę, ja Ci pokażę.. I 10 minut później piszę do niej: ‚Szybciej niż myślisz’ i wysłałam jej screeny z zakupionym lotem na koniec września (bo termin porodu miała na początek). Kopara opadła, wydaje mi się, że na prawdę nie sądziła, że to zrobię. Ale jednak. Będę tam już za 3 dni i bardzo się cieszę, nie tylko na poznanie Małego, ale na spotkanie z Nią, bo nie widziałyśmy się prawie rok… To będą fantastyczne 4 dni! Przepełnione aktami przyjaźni i bliskości z drugim człowiekiem, których tak mi brakuje! Oczywiście, mam dużo bliskości i przyjaźni z Mężem, ale każda z Was (bo chyba raczej kobiety tu zaglądają), na pewno rozumie, że Mąż/chłopak/narzeczony to co innego niż przyjaciółka czy inni znajomi. To zupełnie inna potrzeba – którą też de facto nie każdy ma… Istnieją przecież domatorzy, którzy potrzebują tylko siebie na wzajem i własnego łóżka do całkowitej pełni szczęścia. :)



SZCZĘŚCIE

Ostatnio trochę narzekałam, więc dziś będzie odwrotnie. Pochwalę się czymś dobrym.

Poniedziałek. Dla większości z Was to powrót do pracy po weekendzie. Zaczęcie rutyny od początku po raz kolejny. Dla mnie i mojego Męża z kolei, nie ma znaczenia czy to poniedziałek czy środa czy piątek. Dla nas istnieją dni takie jak mój off, Męża off albo WSPÓLNE WOLNE. Dziś jeden z tych, kiedy to ja mam wolne, a P. zaczął pracę – czeka go 5 dniówek po 12 godzin. Akurat tak się złożyło, że od poniedziałku do piątku, ale z tym różnie bywa, no i częściej ma nocki niż dniówki, ale ja w sumie nie o tym chciałam.

Chciałam o tym, że gdy się obudziłam, jego już nie było. Wstałam, ogarnęłam mieszkanie, poszłam do sklepu po bułki dla Niego na jutro do pracy. To nic, że wróciłam bez nich – wydaje mi się, że nie spakowałam ich z kasy pakując zakupy, bo na pewno brałam je do koszyka. Poszłam więc później jeszcze raz, bo On biedny po 12h, wracać będzie po 18, to nie będę już mu zawracać głowy, kiedy ja i tak nie mam nic do roboty. Wróciłam, podszykowałam obiad, usiadłam nad serialem i tak zleciało. Po 18 przyszedł do domu, wziął prysznic, podałam obiad, zjedliśmy, porozmawialiśmy. Opowiedział co w pracy i położyliśmy się jak zwykle na kanapie przed TV. Był tak zmęczony, że po 10 minutach usnął – co w sumie często mu się zdarza na filmie. Usnął na moich kolanach. Głaskałam mu więc głowę i oglądałam serial. A on tylko mruczał przez sen z wyrazem zadowolenia.. A ja kiziałam, i kiziałam i patrzyłam jak słodko śpi, i choć wydawałoby się, że śpi dosyć twardo, to gdy tak sobie na niego patrząc i kiziając wyszeptałam ,,Kocham Cię” odpowiedział przez sen ,,A ja Ciebie Skarbie. Dobrze mi tu z Tobą.”. I tak tkwiliśmy jakieś dwie godziny, a ja czułam, że niczego więcej mi nie potrzeba…

Przynajmniej na razie. ;)




Monotonia

I tak leci dzień za dniem. Nawet nie wiem kiedy, a kolejny tydzień minął. Za godzinę wychodzę znów do pracy, kolejne 4 nocki przede mną. To tyle chociaż, że w te wolne dni posprzątałam dom i ugotowałam coś innego niż schabowy z ziemniakami i surówką. I tyle produktywności w sumie. A i w pierwszy dzień Mąż też miał wolne i skoczyliśmy RAZEM na małe zakupy i kupiłam sobie kurtkę jesienną, bo miałam tylko stary, już za duży płaszczyk. (schudłam ponad 15 kg, ale o tym innym razem). Kolejne dni pracy przede mną, potem znów wolne, znów praca, a 25go lecę do przyjaciółki, która urodziła pierwszego synka 31 sierpnia :) Także na razie żyje tym wyjazdem właśnie. Choć Mąż obiecał w najbliższą Niedzielę mnie gdzieś zabrać bo też ma mieć wolną! :) Zobaczymy.

Czas się zbierać. Poleniuchowaliśmy, bo P. też idzie dziś dopiero na 22 ale trzeba się zbierać. :(
Miłego wieczoru!




3:52

Tak. Jest godzina 3:52 w nocy/nad ranem. Siedzę sama w mieszkaniu, przeglądam fejsbuka, czytam jakieś bzdety, oglądam filmy, czytam książkę… Tak wyglądają moje wieczory. Pracuję na nocną zmianę. Mój mąż tak samo. Jednak trochę się mijamy, bo on co tydzień w inne dni, a ja 4 dni w pracy 4 dni wolne. Dziś moja ostatnia wolna noc. Na domiar złego rozbolało mnie gardło i dopadł katar. Więc ssę tabletki, popijam Theraflu i smarkam. Już całą rolkę papieru wysmarkałam… I tylko modlę się, żeby jutro nie było gorzej, bo jak mam chora iść do pracy to chce mi się wyć… Chora jestem jak małe dziecko. (a mówią, że to faceci tak mają – u nas jest odwrotnie :D)

Mąż jutro odpoczywa, ale ja zaczynam zmianę. I tak się ostatnio mijamy… Może dzień w tygodniu wolny razem, dla siebie. Czasem dwa. Czas leci niezmiernie szybko w takim trybie życia. A ja zaczynam mieć tego już dość. Nic ciekawego nie robię, nawet w swoje wolne 4 dni. Bo nie mam z kim. Koleżanki z Polski zostały w Polsce – proste. A jakoś nawet na pogaduchy ich nie zbiera… Fejsbuk, skype… INTERNET. Miał łączyć ludzi, ale coś mu nie wychodzi. Tutaj, w UK z kolei za bardzo koleżanek nie mogę znaleźć (chyba, że taką wspomnianą Kamilę :D). Z nikim nie mogę złapać takiej szczerej relacji… doskwiera mi już w tym wszystkim samotność. Niestety muszę wytrwać w tym stanie jeszcze trochę.. Chcemy jeszcze chwilę tak potyrać, bo zarabiamy w tej chwili nieźle (zwłaszcza P.), żeby odłożyć trochę pieniążków, a potem się przeprowadzić i założyć rodzinę. Liczę na to, że może wtedy poznam jakąś Matkę Polkę w okolicy, z którą znajdą się wspólne tematy i wzajemne wsparcie w macierzyństwie. ;) A nawet jeśli nie, to, że samo zajmowanie się Naszym Bobasem zaabsorbuje mnie na tyle, że zapomnę o braku koleżanek. Że to on wypełni całe moje dnie, i wstawanie z łóżka nabierze sensu! :)

Chyba położę się już spać. No może tylko jeden rozdzialik Harrego na dobranoc. ;)