Rodzina to jest siła

Kolejny tydzień w pracy zleciał migusiem. Miałam trening na nowym stanowisku, więc wybiłam się z monotonii i zleciało szybko. Jeszcze tylko jeden shift i lecę do Polski. Jutro i w sobotę P. też ma wolne, co nas bardzo cieszy. Jutro spędzimy sobie wieczór razem, a w sobotę wybieramy się do mojego Wujka – Ojca Chrzestnego, który to w UK jest już od parunastu lat, a potem tak się złożyło, że my przyjeżdżając do UK wylądowaliśmy jakieś 50 mil od Niego. A nie wiedziałam gdzie mieszka w UK! Bo właściwie to przez 10 lat jak wyjechał z rodziną właściwie nie mieliśmy kontaktu… W Polsce też mieszkali od nas daleko, bo kilkaset km i widzieliśmy się na mojej komunii, na mojego brata weselu i potem ze 2 razy byliśmy my u nich.. Potem wyjechali i urwało się całkiem. Dopiero gdy my z P. przyjechaliśmy do UK i na FB to zaznaczyłam (dlatego lubię FB) to Wujek się odezwał, napisał! ‚Hej Basiu! Widzę, że jesteście w UK! I to niedaleko od nas! Musimy się kiedyś spotkać!’ No i tak też się stało. Jest to jakieś 1.5 h drogi autem i nie widzieliśmy się nie wiadomo jak wiele razy, ale jednak, no i teraz dzwonimy do siebie od czasu do czasu (właściwie to ja z Ciocią – jego żoną koresponduję – wiadomo, że z babą się lepiej dogadać ;) ). Sytuacja wyglądała tak, że owszem, nie odzywali się 10 lat, ale przyszedł moment, że to zrobili i to było tak jak ze spotkaniem z przyjaciółką z dzieciństwa po latach. Jakby nigdy nic! Jest okazja!? To spotkajmy się i nadróbmy ten czas! No i w ogóle przynajmniej jak byli w PL to jakiś ten kontakt był. A Chrzestną swoją to widziałam na oczy raz.. I to nawet nie na komunię przyjechała, tylko miesiąc po. Dała prezent i zniknęła. A pewnie i samo to, było wymuszone i upomniane przez jej rodziców (młoda była gdy do chrztu mnie niosła), a że mieszkała jeszcze dalej niż Wujek to już w ogóle. Na ślub jej nawet nie zapraszałam, bo nie była mi potrzebna obca kobieta na weselu. Po za tym, jeszcze by pomyślała, że zapraszam bo oczekuję kasy od niej jako chrzestnej.. A Wujek cóż. Zrobił dla mnie wielką rzecz, że przyjechał na wesele. Ponieważ miesiąc przed nim zmarł jego Tata… :( Ja dzwoniłam i mówiłam, że na prawdę zrozumiem, że nie przyjadą, zwłaszcza, że z urlopem też mieli problem… Ale ucieszyłam się ogromnie i poczułam się ogromnie wyróżniona, że mimo wszystko, WSZYSCY, przylecieli. Jedynie na weekend, by być na moim ślubie! Kosztowało ich to na pewno dużo psychicznie (w końcu żałoba po ojcu i dziadku), ale i finansowo oraz logistycznie – 6 biletów, na weekend, kupowane w krótkim terminie. Na prawdę podziwiam ich i doceniam nieziemsko! I każdemu życzę takiej rodziny!!! W sobotę jedziemy w końcu do nich, podziękować im jeszcze raz z całego serca za obecność!

No i przy okazji tematu nie omieszkam o swojej najbliższej rodzinie opowiedzieć… ;)

Wiecie, ja z moją rodziną jestem bardzo blisko – tą najbliższą, przy której się wychowałam – bracia i ich żony, siostra i brat mojej mamy i ich rodziny. Zawsze się wspieramy, często spotykamy z większą częścią (teraz wiadomo, jestem w UK, ale oni wciąż widują się, a i jak ja przyjadę to zawsze wszyscy znajdują czas i mają chęci zrobić rodzinne posiedzenie bo przyjechałam). Święta to też magiczny czas i choć blisko siebie zawsze wszyscy mieszkaliśmy, to i tak ta Wigilia miała zawsze w sobie magię, że WSZYSCY RAZEM ZASIĄDZIEMY. I nie potrafiłam zrozumieć, jak niektórzy mogą mówić ‚nienawidzę świąt, bo znowu przyjdą/przyjadą te zakłamane twarze, i wszyscy dla siebie fałszywe mili, matka mi życzenia składa strasznie, a cały rok się na mnie wyżywa, obłuda i w ogóle’. Dla mnie jest to niewyobrażalne i… bardzo smutne, że ludzie tak się czują we własnych rodzinach – bardzo często w tych najbliższych relacjach – z rodzicami, albo rodzeństwem. Sprawia to również, że bardzo doceniam swoją rodzinę, swoich braci, ciotki i kuzynów, że u nas tego nie ma. I choć nie ze wszystkimi mam mega bliską relację.. bo od strony brata mojej mamy trochę mniejszą mam z kuzynami, (ale za to kuzynka jest mi jak rodzona siostra, wychowałyśmy się razem i była moją świadkową), i oni trochę bardziej stronią od nas i rzadziej się integrują (takie typy) to na prawdę cieszę się, że ich mam i wiem, że w razie jakichś problemów wszyscy się zjednoczymy (oby ich nie było). Tak samo kiedy Ciocia M. (mojej mamy mama) straciła dach nad głową (długa historia) i trzeba było pomóc jej znaleźć coś na wynajem i się przeprowadzić wszyscy przyszli i pomogli. Gdy mój brat kupował mieszkanie i się przeprowadzał – tak samo.

A najlepsze są momenty kiedy jest jakaś sprawa NAGŁA i czuje się to zaangażowanie.. Ostatnio w maju , zapomniałam dowodu na lotnisko wracając do UK.. P. poleciał sam, a mnie jego siostra zabrała spowrotem. W międzyczasie kupiłam bilet na wieczorny lot z Krakowa, gdzie na to lotnisko zawiozła mnie siostra P, a mój brat z żoną wsiedli zaraz po pracy i mi na to lotnisko dowieźli dowód! Musiałam polecieć tego samego dnia, bo na następny dzień szłam do pracy.. Nie wiem co bym zrobiła nie mając takiego brata… No pewnie bym nie stawiła się do pracy i poleciała następnego dnia czy za dwa dni. I w sumie świat by się nie zawalił – wiadomo. Ale jednak, doceniam to strasznie! Wiem jednak, że są ludzie i rodziny, które nie wspierają się w ten sposób. I nie wiem tylko co gorsze – nie mieć tej rodziny (bo rodzice byli jedynakami na przykład, a dziadkowie już nie żyją), czy mieć, ale taką, z którą się na siebie wilkiem patrzy… ?? Jak uważacie i jak to jest w Waszych rodzinach?

P.S. Wiem rozpisałam się – ale gdy we wpisy wchodzą emocje, to ciężko opisać je w skrócie. :)