Kategoria: Przemyślenia

Poczucie winy

Dawno nie pisałam… chyba nie jestem stworzona do prowadzenia bloga. :P Z reszta u mnie za zawsze był problem z systematycznością.

Zacznę może od tego co u mnie: Koteł nam rośnie jak na drożdżach, złożyliśmy wnioski o VISE do Stanów – w przyszłym tygodniu mamy spotkanie w Londynie – bo marzy nam się polecieć tam w końcu, a że mam już paszport no to trzeba działać, wróciłam na siłownię ( nie byłam od maja bo mi się nie chciało, ale jakoś tak mi się zachciało… wiecie święta za pasem, a ja już mam 3kg to przodu więc trzeba się ogarnąć ;) ). Wczoraj robiłam przemeblowanie w salonie i nawet się Mężowi podoba, a on zawsze wybredny w tych sprawach, a dziś gotowałam pierwszy raz bitki wołowe i wyszły mega pyszne. :) To tak w skrócie.

Co do tematu (ostrzegam, że znów może być długo)… Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad pewną kwestią. A mianowicie nad wspomnianym w tytule wpisu poczuciem winy, które ciągle mi towarzyszy gdzieś w środku głowy. Zaczęłam to zauważać w sumie bardziej po zamieszkaniu z Mężem. Jak nie zdążę zrobić mu kanapek do pracy i zrobi je sam, to mam wyrzuty sumienia, i Go przepraszam po tysiąc razy. Jak mam gorszy dzień, źle się czuję lub zapomnimy wyjąć dzień wcześniej mięso z zamrażarki i nie zrobię obiadu, mam wyrzuty sumienia i przepraszam Go tysiąc razy. Jak pojechałam do K. i dzwonił do mnie z pracy, mówił, że je nie dobre kanapeczki, bo jak ja bym zrobiła to byłyby lepsze, a ja mam wyrzuty sumienia i go przepraszam tysiąc razy, bo jak śmiałam jechać i go zostawić samego… zgubiłam 30 funtów, mam wyrzuty sumienia i przepraszam go tysiąc razy, zamówiłam bubel na ebayu, więc darmo wydałam pieniądze – mam wyrzuty sumienia i przepraszam go tysiąc razy… i wiele innych takich sytuacji. I teraz pewnie każdy myśli, że to Mąż mnie sterroryzował i pewnie o wszystko ma pretensje, i wymaga o de mnie, że mam wszystko sama robić na jego zawołanie… a ja Was zaskoczę. Bo on nigdy nie ma z tym problemu, nie wyjmiemy mięsa, nic się nie dzieje, zamówimy coś, albo przeżyjemy na kanapkach czy zupce chińskiej, kanapki jak mu ja zrobię to zawsze dziękuje, docenia i mówi, że jestem kochana i wcale tego nie wymaga, wręcz jemu z tym dziwnie, że mu je robię… o wydane głupio niechcący czy zgubione pieniądze też się nie złości, bo jest jak najbardziej normalny i każdemu się może zdarzyć (sam kiedyś zgubił)… W momencie gdy byłam u wspominanej K. i rozmawiałam z nim przez ten telefon i zaczęłam znów przepraszać, zwrócił mi uwagę ‚Kochanie przestań mnie tak za wszystko przepraszać, przecież ja żartuje, nie ma powodów byś mnie przepraszała, a co sobie ludzie pomyślą jak posłuchają, że jakiś tyran, ona go tak musi za wszystko strasznie przepraszać…’ Wtedy zaświeciła mi się lampka, ze faktycznie, może to wyglądać dziwnie patrząc z boku, zwłaszcza, że ja zawsze przepraszam go szczerze i ze skruchą w głosie…

Oświecenia jednak doznałam, po pewnej rozmowie z moim bratem A. ( mam dwóch, drugi to M.). Mianowicie, dostaliśmy ślubne zdjęcia od fotografki, które to dostarczyła ona do mojej Mamy w PL. Mama do mnie zadzwoniła, wyrazić swoje zdanie, że niektóre te zdjęcia to są beznadziejne, że ona to by jej nie zapłaciła albo chociaż jej coś powiedziała, i w ogóle, co to ma być, żeby niby profesjonalistka takie zdjęcia oddała… a ja… poczułam się WINNA, że zamówiłam taką fotografkę!!! Tak jakbym mogła przewidzieć, że coś skiepi. Nie mówiąc już o tym, że oczywiście, ja widziałam, że NIEKTÓRE zdjęcia są beznadziejne (w wersji elektronicznej mi wysłała, album i płyty zawiozła Mamie), ale ona oddała mi ich prawie 2000! Większość bez obróbki! Po za tym nie była fotografem z najwyższej półki, więc ja cudów nie wymagałam… Potem zadzwonił do mnie A., że słyszał naszą rozmowę i mi mówi, że nie słuchaj Mamy, bo wcale nie są złe te zdjęcia. Są niektóre lipne, ale są i takie na prawdę na bardzo wysokim poziomie i całokształt albumu też jest bardzo ok. A ja mu się żalę, że ja wiem, i że ja jestem ogólnie zadowolona jak na tą cenę, tylko czemu Mama wiecznie musi wyrażać swoje zdanie psując człowiekowi humor, że zamiast się cieszyć ze ślubnych fotografii, to człowiek łapie doła, bo MAMA jest zawiedziona itd. i czemu gada tak jakby to moja wina była, ze fotografka zrobiła zdjęcie, które się jej nie podoba.. a A. na to..: ‚To jest właśnie cała Mama, wieczne wpędzanie w poczucie winy.’ KURTYNA OPADA.

I nie jedną taką sytuację mogę przytoczyć, gdzie popełniłam jakiś błąd, zrobiłam coś nie tak i zamiast dać mi szansę, i spokojnie powiedzieć słuchaj córciu, na przyszłość zrób to w ten i ten sposób, bo tak to jest trochę nie bardzo… to od razu na mnie nakrzyczała jaka jestem beznadziejna, jak mogłam tego nie wiedzieć. Po za tym u nas w domu właśnie taki był schemat, że Tata palcem nie kiwa, nie widziałam go nigdy z odkurzaczem w ręku ani wieszającego pranie. Czasami wstawia rosół w niedzielę, po za tym nigdy nie gotuje, śniadanie obiad, kolację, kanapki do pracy dostaje na zawołanie od Mamy więc nic dziwnego, że ja mam wyrzuty sumienia, jak mój Mąż sam zrobi sobie kanapki. Choć wiem, że On jest zupełnie inny, i w domu miał przykład partnerstwa rodziców, i ja podświadomie wcale nie chcę być tego typu kurą domową, więc często zaprzęgam P. do pomocy przy sprzątaniu, praniu etc., a on nie z tym problemu, to mi i tak czasem w głowie świecą nieraz te wyrzuty sumienia… Może kiedyś się ich pozbędę???




Matka jest tylko jedna

Kilka dni temu wróciłam z Polski. Byłam pierwszy raz sama – bez P., ponieważ On już na ten rok nie miał urlopu, a ja musiałam wymienić dokumenty po zmianie nazwiska. Jednakże, była to dla mnie dość trudna wizyta w domu. Drugiego dnia byłam trochę zabiegana. Razem z Mamą chciałyśmy załatwić kilka spraw. Ja niestety nie miałam dostępu do Polskiego konta, które stoi na mojego Meża, bo nie dochodziły smsy, a jakoś nie pomyśleliśmy wcześniej mnie upoważnić do niego. Tak więc stresujący poranek, dzwonienie po rodzinie i znajomych, kto mógłby pożyczyć mi 1000 zł na kilka dni. Oczywiście Mąż od razu wysłał mi pieniądze tym razem na konto moich rodziców, by mogli mi wyjąć ze swojego bankomatu, ale to była sobota więc do poniedziałku by zeszło… I tak wyszło, że się spięłam z Mamą. W napiętej atmosferze rozstałyśmy się koło 11, po czym ja musiałam pojechać po rzeczone pieniążki do kuzyna a potem miałam wizytę u fryzjera. Po niej udałam się do Bratowej na kawę i tak mi zeszło do wieczora. Cały dzień od Mamy cisza. Więc przed wyjściem na piwo z bratową i kuzynką (na, które byłyśmy umówione) postanowiłam zajrzeć do Mamy, pokazać się jej w nowych włosach no i zobaczyć jak jej humor.. Skończyło się tak, że wyszłam na to piwo z dziewczynami w nie najlepszym humorze. Kiedy jednak wróciłam, postanowiłam pogadać z Mamą… No i cóż. Okazało się, że Mama nie tyle jest na mnie zła o coś, tylko ogólnie chyba ma doła. Wyrzuciła z siebie wszystko co jej leży na sercu, jak się okazuje od dawna. Przeprosiła mnie i powiedziała, że po prostu dzisiejsza sytuacja przelała jej czarę goryczy, ale nie jest na mnie zła tylko na wszystko dookoła. Zdałam sobie wtedy sprawę, że moja Mama jest w pewien sposób samotna! Ciągle opowiada mi o problemach małżeńskich i rodzinnych mojego Brata, o problemach zdrowotnych Babci, o Cioci (swojej siostrze), o wszystkich dookoła, a nigdy o samej sobie. O tym co ją gryzie, co ją martwi, czy smuci. Że wszyscy na nią się złoszczą o to i o tamto, że się za bardzo wtrąca, że się wymądrza… a nikt nigdy nie pyta jej JAK ONA SIĘ CZUJE? Czy czegoś jej brakuje, CZEMU jest wkurzona, albo CZEMU JEST SMUTNA. Ani mój Brat, ani Ciocia, nikt kto jest tam obok niej na co dzień, nie pyta jej o to! Nie miałam sposobności podczas pobytu tam, ale muszę chyba podzwonić i pogadać z nimi, by trochę pomyśleli czasem, że Mama też ma uczucia, i może czasem jej być źle…, że jak czasem coś powie czy się wkurzy to pewnie dlatego, że ją coś trapi, a nie jest złośliwa! Sama też nigdy o tym nie pomyślałam. Moja mama zawsze była twarda, zawsze wszystko i wszystkich trzymała w kupie. Przeszła w swoim życiu wiele, i jakoś nie pomyślałam o tym, że jej może być źle… Doceniajcie swoje Mamy, pamiętajcie o nich i wysłuchajcie ich czasem!

Drugą sprawą, jest to, że podczas tej rozmowy z Mamą, przyznała mi się do pewnych uczuć, które żywi wobec mojego Męża…, które w sumie okazały się być dosyć naturalne, choć zawsze myślałam, że to raczej o synów są Matki w ten sposób zazdrosne itd.. Oczywiście wyjaśniłam jej kilka spraw, że nie jest tak jak ona je widzi, ale też zdałam sobie sprawę z czegoś, co mnie zaszokowało właściwie. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, że tak jest. Mama to Mama, Mąż to Mąż, ale dotarło do mnie, że to ON jest teraz NAJWAŻNIEJSZY. Oczywiście, Matka zawsze będzie w moim sercu, ale właśnie wtedy, w tamtej chwili, kiedy mama zarzuciła mi, że jak rozmawiam z nią przez telefon, a Maż wróci z pracy to ja kończę rozmowę. Ona to widziała, jako jakieś panowanie Męża nade mną. Że przy nim nie mogę z nią gadać, że może on mi broni, albo coś… A to po prostu jest tak, że to ON jest najważniejszy! Jak jestem w domu sama i się nudzę, to dzwonię do Mamy, Brata..itd. ale jak P. wróci, to ja niczego i nikogo więcej nie potrzebuję! Oczywiście, że to nie jest tak, że dzwonię tylko z nudów, wiadomo, że chcę wiedzieć co u nich i mieć kontakt. Ale skoro mam wybór, to wolę dzwonić wtedy, kiedy P. nie ma, bo jak jest to wolę się cieszyć nim. Czy to dziwne? Nienormalne? W końcu Bóg rzekł: ,,Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.” Myślę, że nie, choć mnie trochę zszokowało, że mam w sobie takie uczucie. I wiem też, że na pewno bolesne jest to dla Matki, i mnie samą też to pewnie czeka jako Matkę w przyszłości, ale taka kolej rzeczy… Gdy powiedziałam to Mamie, stwierdziła, że rozumie i w takim razie, skoro nasza relacja tak wygląda, to żebyśmy za wszelką cenę o nią dbali i pielęgnowali, żeby zawsze tak było. Niestety Ona takiego szczęścia w Miłości nie miała.. i niejednokrotnie w sumie, gdy jej opowiadałam o swojej relacji z P. to nie potrafiła w pewne rzeczy uwierzyć. I nie dziwię się jej, po tym co przeszła. Ja sama czasem nie dowierzam, że znalazłam kogoś takiego jak P, patrząc na dzisiejsze czasy i związki znajomych i to co o nich mówią (żeby nie było, że tylko oceniam z boku).

Tego wieczoru, byłam trochę rozdarta, ale też szczęśliwa, że wyjaśniłam sobie z Mamą kilka rzeczy no i po raz kolejny mogąc docenić swojego Męża. Życzę Wam wszystkim takich Mężów jak mój. :)




Rodzina to jest siła

Kolejny tydzień w pracy zleciał migusiem. Miałam trening na nowym stanowisku, więc wybiłam się z monotonii i zleciało szybko. Jeszcze tylko jeden shift i lecę do Polski. Jutro i w sobotę P. też ma wolne, co nas bardzo cieszy. Jutro spędzimy sobie wieczór razem, a w sobotę wybieramy się do mojego Wujka – Ojca Chrzestnego, który to w UK jest już od parunastu lat, a potem tak się złożyło, że my przyjeżdżając do UK wylądowaliśmy jakieś 50 mil od Niego. A nie wiedziałam gdzie mieszka w UK! Bo właściwie to przez 10 lat jak wyjechał z rodziną właściwie nie mieliśmy kontaktu… W Polsce też mieszkali od nas daleko, bo kilkaset km i widzieliśmy się na mojej komunii, na mojego brata weselu i potem ze 2 razy byliśmy my u nich.. Potem wyjechali i urwało się całkiem. Dopiero gdy my z P. przyjechaliśmy do UK i na FB to zaznaczyłam (dlatego lubię FB) to Wujek się odezwał, napisał! ‚Hej Basiu! Widzę, że jesteście w UK! I to niedaleko od nas! Musimy się kiedyś spotkać!’ No i tak też się stało. Jest to jakieś 1.5 h drogi autem i nie widzieliśmy się nie wiadomo jak wiele razy, ale jednak, no i teraz dzwonimy do siebie od czasu do czasu (właściwie to ja z Ciocią – jego żoną koresponduję – wiadomo, że z babą się lepiej dogadać ;) ). Sytuacja wyglądała tak, że owszem, nie odzywali się 10 lat, ale przyszedł moment, że to zrobili i to było tak jak ze spotkaniem z przyjaciółką z dzieciństwa po latach. Jakby nigdy nic! Jest okazja!? To spotkajmy się i nadróbmy ten czas! No i w ogóle przynajmniej jak byli w PL to jakiś ten kontakt był. A Chrzestną swoją to widziałam na oczy raz.. I to nawet nie na komunię przyjechała, tylko miesiąc po. Dała prezent i zniknęła. A pewnie i samo to, było wymuszone i upomniane przez jej rodziców (młoda była gdy do chrztu mnie niosła), a że mieszkała jeszcze dalej niż Wujek to już w ogóle. Na ślub jej nawet nie zapraszałam, bo nie była mi potrzebna obca kobieta na weselu. Po za tym, jeszcze by pomyślała, że zapraszam bo oczekuję kasy od niej jako chrzestnej.. A Wujek cóż. Zrobił dla mnie wielką rzecz, że przyjechał na wesele. Ponieważ miesiąc przed nim zmarł jego Tata… :( Ja dzwoniłam i mówiłam, że na prawdę zrozumiem, że nie przyjadą, zwłaszcza, że z urlopem też mieli problem… Ale ucieszyłam się ogromnie i poczułam się ogromnie wyróżniona, że mimo wszystko, WSZYSCY, przylecieli. Jedynie na weekend, by być na moim ślubie! Kosztowało ich to na pewno dużo psychicznie (w końcu żałoba po ojcu i dziadku), ale i finansowo oraz logistycznie – 6 biletów, na weekend, kupowane w krótkim terminie. Na prawdę podziwiam ich i doceniam nieziemsko! I każdemu życzę takiej rodziny!!! W sobotę jedziemy w końcu do nich, podziękować im jeszcze raz z całego serca za obecność!

No i przy okazji tematu nie omieszkam o swojej najbliższej rodzinie opowiedzieć… ;)

Wiecie, ja z moją rodziną jestem bardzo blisko – tą najbliższą, przy której się wychowałam – bracia i ich żony, siostra i brat mojej mamy i ich rodziny. Zawsze się wspieramy, często spotykamy z większą częścią (teraz wiadomo, jestem w UK, ale oni wciąż widują się, a i jak ja przyjadę to zawsze wszyscy znajdują czas i mają chęci zrobić rodzinne posiedzenie bo przyjechałam). Święta to też magiczny czas i choć blisko siebie zawsze wszyscy mieszkaliśmy, to i tak ta Wigilia miała zawsze w sobie magię, że WSZYSCY RAZEM ZASIĄDZIEMY. I nie potrafiłam zrozumieć, jak niektórzy mogą mówić ‚nienawidzę świąt, bo znowu przyjdą/przyjadą te zakłamane twarze, i wszyscy dla siebie fałszywe mili, matka mi życzenia składa strasznie, a cały rok się na mnie wyżywa, obłuda i w ogóle’. Dla mnie jest to niewyobrażalne i… bardzo smutne, że ludzie tak się czują we własnych rodzinach – bardzo często w tych najbliższych relacjach – z rodzicami, albo rodzeństwem. Sprawia to również, że bardzo doceniam swoją rodzinę, swoich braci, ciotki i kuzynów, że u nas tego nie ma. I choć nie ze wszystkimi mam mega bliską relację.. bo od strony brata mojej mamy trochę mniejszą mam z kuzynami, (ale za to kuzynka jest mi jak rodzona siostra, wychowałyśmy się razem i była moją świadkową), i oni trochę bardziej stronią od nas i rzadziej się integrują (takie typy) to na prawdę cieszę się, że ich mam i wiem, że w razie jakichś problemów wszyscy się zjednoczymy (oby ich nie było). Tak samo kiedy Ciocia M. (mojej mamy mama) straciła dach nad głową (długa historia) i trzeba było pomóc jej znaleźć coś na wynajem i się przeprowadzić wszyscy przyszli i pomogli. Gdy mój brat kupował mieszkanie i się przeprowadzał – tak samo.

A najlepsze są momenty kiedy jest jakaś sprawa NAGŁA i czuje się to zaangażowanie.. Ostatnio w maju , zapomniałam dowodu na lotnisko wracając do UK.. P. poleciał sam, a mnie jego siostra zabrała spowrotem. W międzyczasie kupiłam bilet na wieczorny lot z Krakowa, gdzie na to lotnisko zawiozła mnie siostra P, a mój brat z żoną wsiedli zaraz po pracy i mi na to lotnisko dowieźli dowód! Musiałam polecieć tego samego dnia, bo na następny dzień szłam do pracy.. Nie wiem co bym zrobiła nie mając takiego brata… No pewnie bym nie stawiła się do pracy i poleciała następnego dnia czy za dwa dni. I w sumie świat by się nie zawalił – wiadomo. Ale jednak, doceniam to strasznie! Wiem jednak, że są ludzie i rodziny, które nie wspierają się w ten sposób. I nie wiem tylko co gorsze – nie mieć tej rodziny (bo rodzice byli jedynakami na przykład, a dziadkowie już nie żyją), czy mieć, ale taką, z którą się na siebie wilkiem patrzy… ?? Jak uważacie i jak to jest w Waszych rodzinach?

P.S. Wiem rozpisałam się – ale gdy we wpisy wchodzą emocje, to ciężko opisać je w skrócie. :)



Beztroska B.???

Jak już chyba kiedyś pisałam, należę do osób, które z reguły nie przejmują się tym na co nie mają wpływu. Nie mam też tak, żebym nie przesypiała nocy, bo jakikolwiek problem nie daje mi spać. Nawet jak jakiś problem mam, no to mam, ale przyjdzie czas to śpię i już. ;) K. mi tego bardzo zazdrości, że ja się niczym nie przejmuję – jak to ona sądzi. Ale to wcale nie jest tak, że ja się nie przejmuję! Oj przejmuję się i to czasem za bardzo, albo o prostu bardzo małymi pierdołami i potrafię sobie nakłaść do głowy nie wiadomo co. Tyle, że szybko potrafię wybić sobie to z głowy, zająć się czymś innym i nie myśleć za dużo o trapiącym mnie temacie. Lecz nagle chwila zadumy czy nudy, myśli na dany temat powrócą i znów to uczucie kamienia na żołądku.
Czasami zastanawiam się czy nie mam czegoś z głową?! Bo potrafię na prawdę czuć się strasznie, bo coś mi siądzie na wątrobie, robię lament, płaczę, potrzebuję się wygadać – najlepiej mężowi -
przytulić. On otrze moje łzy, ogarnie mnie i za chwilę już jest dobrze, mogę się śmiać, cieszyć, wrócić do codzienności. I tak jak mówię, sporo osób mi tego zazdrości, a ja z kolei czuję się jak świr, że w jednej chwili chce mi się wyć, czuje się okropnie gdzieś w środku, a za chwilę jakby nigdy nic, gadać o czymś zupełnie innym i o ‚problemie’ zapomnieć…

Jestem też szczęściarą, bo prawdziwe problemy tak na prawdę mnie omijają póki co. Ale potrafię mieć na prawdę chwile tu na emigracji ogromnej tęsknoty za rodziną i poczucia samotności (brak przyjaciół, o którym już pisałam), albo np. potrafiłam wpaść w szloch nad sobą, że waga nie idzie w dół jak się odchudzałam, że nie dam rady itd.. I to na prawdę jak mnie chyci to aż mnie skręca w srodku, jest w mi w danej chwili tak źle jak w głębokiej depresji i na prawdę potrafię wyć, płakać jak dziecko, któremu zabrano zabawkę… a godzinę później ‚zapominam’ o tym… ;O

Czy jestem nienormalna?? Jak to jest u Was? Ktoś jeszcze tak ma, czy serio powinnam się iść leczyć na głowę? :P




SZCZĘŚCIE

Ostatnio trochę narzekałam, więc dziś będzie odwrotnie. Pochwalę się czymś dobrym.

Poniedziałek. Dla większości z Was to powrót do pracy po weekendzie. Zaczęcie rutyny od początku po raz kolejny. Dla mnie i mojego Męża z kolei, nie ma znaczenia czy to poniedziałek czy środa czy piątek. Dla nas istnieją dni takie jak mój off, Męża off albo WSPÓLNE WOLNE. Dziś jeden z tych, kiedy to ja mam wolne, a P. zaczął pracę – czeka go 5 dniówek po 12 godzin. Akurat tak się złożyło, że od poniedziałku do piątku, ale z tym różnie bywa, no i częściej ma nocki niż dniówki, ale ja w sumie nie o tym chciałam.

Chciałam o tym, że gdy się obudziłam, jego już nie było. Wstałam, ogarnęłam mieszkanie, poszłam do sklepu po bułki dla Niego na jutro do pracy. To nic, że wróciłam bez nich – wydaje mi się, że nie spakowałam ich z kasy pakując zakupy, bo na pewno brałam je do koszyka. Poszłam więc później jeszcze raz, bo On biedny po 12h, wracać będzie po 18, to nie będę już mu zawracać głowy, kiedy ja i tak nie mam nic do roboty. Wróciłam, podszykowałam obiad, usiadłam nad serialem i tak zleciało. Po 18 przyszedł do domu, wziął prysznic, podałam obiad, zjedliśmy, porozmawialiśmy. Opowiedział co w pracy i położyliśmy się jak zwykle na kanapie przed TV. Był tak zmęczony, że po 10 minutach usnął – co w sumie często mu się zdarza na filmie. Usnął na moich kolanach. Głaskałam mu więc głowę i oglądałam serial. A on tylko mruczał przez sen z wyrazem zadowolenia.. A ja kiziałam, i kiziałam i patrzyłam jak słodko śpi, i choć wydawałoby się, że śpi dosyć twardo, to gdy tak sobie na niego patrząc i kiziając wyszeptałam ,,Kocham Cię” odpowiedział przez sen ,,A ja Ciebie Skarbie. Dobrze mi tu z Tobą.”. I tak tkwiliśmy jakieś dwie godziny, a ja czułam, że niczego więcej mi nie potrzeba…

Przynajmniej na razie. ;)