Beztroska B.???

Jak już chyba kiedyś pisałam, należę do osób, które z reguły nie przejmują się tym na co nie mają wpływu. Nie mam też tak, żebym nie przesypiała nocy, bo jakikolwiek problem nie daje mi spać. Nawet jak jakiś problem mam, no to mam, ale przyjdzie czas to śpię i już. ;) K. mi tego bardzo zazdrości, że ja się niczym nie przejmuję – jak to ona sądzi. Ale to wcale nie jest tak, że ja się nie przejmuję! Oj przejmuję się i to czasem za bardzo, albo o prostu bardzo małymi pierdołami i potrafię sobie nakłaść do głowy nie wiadomo co. Tyle, że szybko potrafię wybić sobie to z głowy, zająć się czymś innym i nie myśleć za dużo o trapiącym mnie temacie. Lecz nagle chwila zadumy czy nudy, myśli na dany temat powrócą i znów to uczucie kamienia na żołądku.
Czasami zastanawiam się czy nie mam czegoś z głową?! Bo potrafię na prawdę czuć się strasznie, bo coś mi siądzie na wątrobie, robię lament, płaczę, potrzebuję się wygadać – najlepiej mężowi -
przytulić. On otrze moje łzy, ogarnie mnie i za chwilę już jest dobrze, mogę się śmiać, cieszyć, wrócić do codzienności. I tak jak mówię, sporo osób mi tego zazdrości, a ja z kolei czuję się jak świr, że w jednej chwili chce mi się wyć, czuje się okropnie gdzieś w środku, a za chwilę jakby nigdy nic, gadać o czymś zupełnie innym i o ‚problemie’ zapomnieć…

Jestem też szczęściarą, bo prawdziwe problemy tak na prawdę mnie omijają póki co. Ale potrafię mieć na prawdę chwile tu na emigracji ogromnej tęsknoty za rodziną i poczucia samotności (brak przyjaciół, o którym już pisałam), albo np. potrafiłam wpaść w szloch nad sobą, że waga nie idzie w dół jak się odchudzałam, że nie dam rady itd.. I to na prawdę jak mnie chyci to aż mnie skręca w srodku, jest w mi w danej chwili tak źle jak w głębokiej depresji i na prawdę potrafię wyć, płakać jak dziecko, któremu zabrano zabawkę… a godzinę później ‚zapominam’ o tym… ;O

Czy jestem nienormalna?? Jak to jest u Was? Ktoś jeszcze tak ma, czy serio powinnam się iść leczyć na głowę? :P




Holandia i Koteł :)

Wróciłam od K. cała i zdrowa. Szybko zleciały te 4 dni. Bobas jest uroczy, choć krzykliwy – niestety kolki go nie oszczędzają :( Holandia ładna, czysta i spokojna. Chyba nawet za spokojna. Jakoś tak dziwnie, taka cisza i spokój na ulicach. Nie wiele ludzi na tygodniu na mieście. Korki to też mało spotykana rzecz (to akurat fajne). Ogólnie piękna, ale jakoś mieszkać tam to sobie nie wyobrażam. :) Naplotkowałyśmy się przez te 4 dni jak nie wiem co. :) Teraz spotkamy się najpewniej w święta w rodzinnym mieście. :)

Drugą sprawą, o której dziś Wam napiszę jest koteł. Już jest z nami. Mały rudzielec. :) Urodzony 3 dni po naszym ślubie. ;) Wczoraj zrobiliśmy zakupy, jak kuwetka, miseczki, jedzonko itd. no i pojechaliśmy po Koteła. Niestety całą noc siedział w kącie i trochę płakał (mąż był z nim w domu). Po za tym zauważyliśmy, że oczko mu ropieje troszkę.. Ale nie chciałam go stresować wczoraj.. gdy wróciłam rano z pracy, to miał w ogóle zaklejone całe :( Poszliśmy do weta (farciarze, 2 dzień kotek w domu i już wet..) dostaliśmy kropelki. Zobaczymy co będzie… Dziś jest troszkę już spokojniejszy. Pomału zwiedza kąty, już się nas aż tak nie boi, o ile nie robimy gwałtownych ruchów. :) Wybraliśmy imię – Stifler. :D Dużo było pomysłów, ale ja miałam zupełnie inną wizję niż Mąż, ale Stifler pasował nam obojgu w miarę. :D No i tak zostało. :)

P.S. Na razie sikał tylko raz i to w kącie na podłogę… Ale nie pomyślałam, że może nie chcieć sikać tak blisko jedzenia – bo na początku postawiłam mu wszystko w jednym kącie, żeby nie miał daleko… Teraz dałam kuwetę tam gdzie ostatnio nasiusiał. Mam nadzieję, że po dzisiejszej nocce nie zastanę jakiejś masakry w domu. Idziemy do pracy oboje więc Stifler zostaje sam.. :O




Nowy członek rodziny?

To będzie krótki wpis. Po kilku dniach siana ziarna, a potem po długim namyśle i dyskusji, podjęliśmy z Mężem decyzję! Adoptujemy kociaka! :D Tak jak Wam już pisałam, trochę pusto i nudno ostatnio, a na dziecko jeszcze nie całkiem pora więc pomyślałam, że może jakiś zwierzak? Będzie i towarzysz i jakieś zajęcie (pokiziać, wyczesać, nakarmić, kuwetkę wyczyścić :D) I choć mocno wątpiłam, że P. się na to zgodzi to tak podsuwałam mimochodem to hasło, aż w końcu zapytałam poważnie co on na to… No i podjęliśmy decyzję, że czemu nie?! Padło na kota, ponieważ nie trzeba z nim wychodzić 3 razy dziennie na spacery, a psiaka od zawsze planowaliśmy, ale jak będzie dom i ogródek.. ;)
Także atrakcji w tym tygodniu będzie co niemiara. Kończę pakowanie na jutrzejszy wyjazd i podszykowuję już mieszkanie pod nowego lokatora. Na 22 do pracy, ale tylko na 5 godzin, bo zwalniam się wcześniej aby wyspać się przed samolotem. :) Jak tylko wrócę od K. (a wracam w piątek) to idziemy zakupić niezbędne dla kociego komfortu sprzęty oraz po samego malucha. :) Jakieś pomysły na imiona dla Rudego Kociaka? ;)




Misja Ciotka!

Wielkimi krokami zbliża się mój wylot do przyjaciółki (K.), która urodziła niedawno pierwsze dziecko. :) Już w poniedziałek lecę. Muszę Wam powiedzieć, że między mną a K. bywało różnie.. Przyjaźnimy się od dzieciaka. Od przedszkola! Mieszkałyśmy na jednym osiedlu, w blokach obok siebie. Poszłyśmy do jednego przedszkola, jednak do podstawówek innych (ponieważ ja poszłam rok wcześniej i do tej co ona poszła, mnie nie chcieli przyjąć – przyjęli mnie do sąsiedniej, czego nie żałuje, bo z opowiadań wynika, że moja szkoła była fajniejsza!), potem dopiero do gimnazjum razem chodziłyśmy, do liceów znów innych (ona poszła na Humanistyczny, a moje perypetie z wyborem liceum już Wam opowiadałam :D). No i na studia też zupełnie gdzie indziej. Nie mówiąc o tym, że właśnie… w gimnazjum na wakacje pojechałyśmy razem do Francji, do jej ciotki. I niestety 2 miesiące pod jednym dachem zrobiły swoje.. Nie odzywałyśmy się do siebie dobre kilka miesięcy. Ale to był taki na prawdę duży kryzys, choć właściwie teraz to nawet nie bardzo wiem o co wtedy poszło… Postanowiłam wyciągnąć rękę po pewnym czasie. To usłyszałam, że jej jest tak dobrze, i nie potrzebuje mnie. Ot cała K. uparta i dumna jak paw. Płakałam jak głupia, bo jak wiecie jestem bardzo sentymentalna i w ogóle. Tyle lat razem, a teraz jak obce osoby.. Jednak po 2 tygodniach się odezwała, że przemyślała to jednak i w sumie to brakuje jej naszej przyjaźni i chciałaby spotkać się i to naprawić. I tak też się stało, ale…. to już nie było to samo.. Było trochę inaczej. Nie wiedzieć czemu. Czasami kilka słów za dużo na prawdę może wiele zmienić. Ale cieszę się tym co mam, że w jakiś sposób odbudowałyśmy tą relację. I może też niestety nie spędzałyśmy potem już że sobą każdego dnia po szkole, a w liceum widywałyśmy się tylko na wieczorne wspólne spacery z psami. Na studiach też rzadko, bo ona studiowała daleko i nie była w domu co tydzień jak ja… Ale mimo wszystko myślę, że choć nie jest to taka ‚codzienna’ przyjaźń to, ważne, że jest. Bo w sumie, kilka innych osób, które uważałam za przyjaciół dziś nie odzywają się wcale, a jak spotkam ich na osiedlu odwiedzając rodzinny dom to rozmowy zawężają się do pogody. Także, przyjaźń z K. jest jedyną, która przetrwała i to daje mi nadzieję wierzyć, że jest prawdziwa. :)

Szczerze, nie planowałam lotu do K. gdy urodzi jakoś od początku jej ciąży. Tylko któregoś dnia, tak gadałyśmy o tym bobasie, o planach na imię, wysłała mi zdjęcie z USG i krzyknęłam ‚CIOCI BOBASEK!’ na co ona ‚No cioci, tylko ciekawe kiedy ciocia go pozna ;P’ no to sobie myślę, ja Ci pokażę.. I 10 minut później piszę do niej: ‚Szybciej niż myślisz’ i wysłałam jej screeny z zakupionym lotem na koniec września (bo termin porodu miała na początek). Kopara opadła, wydaje mi się, że na prawdę nie sądziła, że to zrobię. Ale jednak. Będę tam już za 3 dni i bardzo się cieszę, nie tylko na poznanie Małego, ale na spotkanie z Nią, bo nie widziałyśmy się prawie rok… To będą fantastyczne 4 dni! Przepełnione aktami przyjaźni i bliskości z drugim człowiekiem, których tak mi brakuje! Oczywiście, mam dużo bliskości i przyjaźni z Mężem, ale każda z Was (bo chyba raczej kobiety tu zaglądają), na pewno rozumie, że Mąż/chłopak/narzeczony to co innego niż przyjaciółka czy inni znajomi. To zupełnie inna potrzeba – którą też de facto nie każdy ma… Istnieją przecież domatorzy, którzy potrzebują tylko siebie na wzajem i własnego łóżka do całkowitej pełni szczęścia. :)




SZCZĘŚCIE

Ostatnio trochę narzekałam, więc dziś będzie odwrotnie. Pochwalę się czymś dobrym.

Poniedziałek. Dla większości z Was to powrót do pracy po weekendzie. Zaczęcie rutyny od początku po raz kolejny. Dla mnie i mojego Męża z kolei, nie ma znaczenia czy to poniedziałek czy środa czy piątek. Dla nas istnieją dni takie jak mój off, Męża off albo WSPÓLNE WOLNE. Dziś jeden z tych, kiedy to ja mam wolne, a P. zaczął pracę – czeka go 5 dniówek po 12 godzin. Akurat tak się złożyło, że od poniedziałku do piątku, ale z tym różnie bywa, no i częściej ma nocki niż dniówki, ale ja w sumie nie o tym chciałam.

Chciałam o tym, że gdy się obudziłam, jego już nie było. Wstałam, ogarnęłam mieszkanie, poszłam do sklepu po bułki dla Niego na jutro do pracy. To nic, że wróciłam bez nich – wydaje mi się, że nie spakowałam ich z kasy pakując zakupy, bo na pewno brałam je do koszyka. Poszłam więc później jeszcze raz, bo On biedny po 12h, wracać będzie po 18, to nie będę już mu zawracać głowy, kiedy ja i tak nie mam nic do roboty. Wróciłam, podszykowałam obiad, usiadłam nad serialem i tak zleciało. Po 18 przyszedł do domu, wziął prysznic, podałam obiad, zjedliśmy, porozmawialiśmy. Opowiedział co w pracy i położyliśmy się jak zwykle na kanapie przed TV. Był tak zmęczony, że po 10 minutach usnął – co w sumie często mu się zdarza na filmie. Usnął na moich kolanach. Głaskałam mu więc głowę i oglądałam serial. A on tylko mruczał przez sen z wyrazem zadowolenia.. A ja kiziałam, i kiziałam i patrzyłam jak słodko śpi, i choć wydawałoby się, że śpi dosyć twardo, to gdy tak sobie na niego patrząc i kiziając wyszeptałam ,,Kocham Cię” odpowiedział przez sen ,,A ja Ciebie Skarbie. Dobrze mi tu z Tobą.”. I tak tkwiliśmy jakieś dwie godziny, a ja czułam, że niczego więcej mi nie potrzeba…

Przynajmniej na razie. ;)