Tagi: szczęście

Matka jest tylko jedna

Kilka dni temu wróciłam z Polski. Byłam pierwszy raz sama – bez P., ponieważ On już na ten rok nie miał urlopu, a ja musiałam wymienić dokumenty po zmianie nazwiska. Jednakże, była to dla mnie dość trudna wizyta w domu. Drugiego dnia byłam trochę zabiegana. Razem z Mamą chciałyśmy załatwić kilka spraw. Ja niestety nie miałam dostępu do Polskiego konta, które stoi na mojego Meża, bo nie dochodziły smsy, a jakoś nie pomyśleliśmy wcześniej mnie upoważnić do niego. Tak więc stresujący poranek, dzwonienie po rodzinie i znajomych, kto mógłby pożyczyć mi 1000 zł na kilka dni. Oczywiście Mąż od razu wysłał mi pieniądze tym razem na konto moich rodziców, by mogli mi wyjąć ze swojego bankomatu, ale to była sobota więc do poniedziałku by zeszło… I tak wyszło, że się spięłam z Mamą. W napiętej atmosferze rozstałyśmy się koło 11, po czym ja musiałam pojechać po rzeczone pieniążki do kuzyna a potem miałam wizytę u fryzjera. Po niej udałam się do Bratowej na kawę i tak mi zeszło do wieczora. Cały dzień od Mamy cisza. Więc przed wyjściem na piwo z bratową i kuzynką (na, które byłyśmy umówione) postanowiłam zajrzeć do Mamy, pokazać się jej w nowych włosach no i zobaczyć jak jej humor.. Skończyło się tak, że wyszłam na to piwo z dziewczynami w nie najlepszym humorze. Kiedy jednak wróciłam, postanowiłam pogadać z Mamą… No i cóż. Okazało się, że Mama nie tyle jest na mnie zła o coś, tylko ogólnie chyba ma doła. Wyrzuciła z siebie wszystko co jej leży na sercu, jak się okazuje od dawna. Przeprosiła mnie i powiedziała, że po prostu dzisiejsza sytuacja przelała jej czarę goryczy, ale nie jest na mnie zła tylko na wszystko dookoła. Zdałam sobie wtedy sprawę, że moja Mama jest w pewien sposób samotna! Ciągle opowiada mi o problemach małżeńskich i rodzinnych mojego Brata, o problemach zdrowotnych Babci, o Cioci (swojej siostrze), o wszystkich dookoła, a nigdy o samej sobie. O tym co ją gryzie, co ją martwi, czy smuci. Że wszyscy na nią się złoszczą o to i o tamto, że się za bardzo wtrąca, że się wymądrza… a nikt nigdy nie pyta jej JAK ONA SIĘ CZUJE? Czy czegoś jej brakuje, CZEMU jest wkurzona, albo CZEMU JEST SMUTNA. Ani mój Brat, ani Ciocia, nikt kto jest tam obok niej na co dzień, nie pyta jej o to! Nie miałam sposobności podczas pobytu tam, ale muszę chyba podzwonić i pogadać z nimi, by trochę pomyśleli czasem, że Mama też ma uczucia, i może czasem jej być źle…, że jak czasem coś powie czy się wkurzy to pewnie dlatego, że ją coś trapi, a nie jest złośliwa! Sama też nigdy o tym nie pomyślałam. Moja mama zawsze była twarda, zawsze wszystko i wszystkich trzymała w kupie. Przeszła w swoim życiu wiele, i jakoś nie pomyślałam o tym, że jej może być źle… Doceniajcie swoje Mamy, pamiętajcie o nich i wysłuchajcie ich czasem!

Drugą sprawą, jest to, że podczas tej rozmowy z Mamą, przyznała mi się do pewnych uczuć, które żywi wobec mojego Męża…, które w sumie okazały się być dosyć naturalne, choć zawsze myślałam, że to raczej o synów są Matki w ten sposób zazdrosne itd.. Oczywiście wyjaśniłam jej kilka spraw, że nie jest tak jak ona je widzi, ale też zdałam sobie sprawę z czegoś, co mnie zaszokowało właściwie. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, że tak jest. Mama to Mama, Mąż to Mąż, ale dotarło do mnie, że to ON jest teraz NAJWAŻNIEJSZY. Oczywiście, Matka zawsze będzie w moim sercu, ale właśnie wtedy, w tamtej chwili, kiedy mama zarzuciła mi, że jak rozmawiam z nią przez telefon, a Maż wróci z pracy to ja kończę rozmowę. Ona to widziała, jako jakieś panowanie Męża nade mną. Że przy nim nie mogę z nią gadać, że może on mi broni, albo coś… A to po prostu jest tak, że to ON jest najważniejszy! Jak jestem w domu sama i się nudzę, to dzwonię do Mamy, Brata..itd. ale jak P. wróci, to ja niczego i nikogo więcej nie potrzebuję! Oczywiście, że to nie jest tak, że dzwonię tylko z nudów, wiadomo, że chcę wiedzieć co u nich i mieć kontakt. Ale skoro mam wybór, to wolę dzwonić wtedy, kiedy P. nie ma, bo jak jest to wolę się cieszyć nim. Czy to dziwne? Nienormalne? W końcu Bóg rzekł: ,,Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.” Myślę, że nie, choć mnie trochę zszokowało, że mam w sobie takie uczucie. I wiem też, że na pewno bolesne jest to dla Matki, i mnie samą też to pewnie czeka jako Matkę w przyszłości, ale taka kolej rzeczy… Gdy powiedziałam to Mamie, stwierdziła, że rozumie i w takim razie, skoro nasza relacja tak wygląda, to żebyśmy za wszelką cenę o nią dbali i pielęgnowali, żeby zawsze tak było. Niestety Ona takiego szczęścia w Miłości nie miała.. i niejednokrotnie w sumie, gdy jej opowiadałam o swojej relacji z P. to nie potrafiła w pewne rzeczy uwierzyć. I nie dziwię się jej, po tym co przeszła. Ja sama czasem nie dowierzam, że znalazłam kogoś takiego jak P, patrząc na dzisiejsze czasy i związki znajomych i to co o nich mówią (żeby nie było, że tylko oceniam z boku).

Tego wieczoru, byłam trochę rozdarta, ale też szczęśliwa, że wyjaśniłam sobie z Mamą kilka rzeczy no i po raz kolejny mogąc docenić swojego Męża. Życzę Wam wszystkim takich Mężów jak mój. :)




SZCZĘŚCIE

Ostatnio trochę narzekałam, więc dziś będzie odwrotnie. Pochwalę się czymś dobrym.

Poniedziałek. Dla większości z Was to powrót do pracy po weekendzie. Zaczęcie rutyny od początku po raz kolejny. Dla mnie i mojego Męża z kolei, nie ma znaczenia czy to poniedziałek czy środa czy piątek. Dla nas istnieją dni takie jak mój off, Męża off albo WSPÓLNE WOLNE. Dziś jeden z tych, kiedy to ja mam wolne, a P. zaczął pracę – czeka go 5 dniówek po 12 godzin. Akurat tak się złożyło, że od poniedziałku do piątku, ale z tym różnie bywa, no i częściej ma nocki niż dniówki, ale ja w sumie nie o tym chciałam.

Chciałam o tym, że gdy się obudziłam, jego już nie było. Wstałam, ogarnęłam mieszkanie, poszłam do sklepu po bułki dla Niego na jutro do pracy. To nic, że wróciłam bez nich – wydaje mi się, że nie spakowałam ich z kasy pakując zakupy, bo na pewno brałam je do koszyka. Poszłam więc później jeszcze raz, bo On biedny po 12h, wracać będzie po 18, to nie będę już mu zawracać głowy, kiedy ja i tak nie mam nic do roboty. Wróciłam, podszykowałam obiad, usiadłam nad serialem i tak zleciało. Po 18 przyszedł do domu, wziął prysznic, podałam obiad, zjedliśmy, porozmawialiśmy. Opowiedział co w pracy i położyliśmy się jak zwykle na kanapie przed TV. Był tak zmęczony, że po 10 minutach usnął – co w sumie często mu się zdarza na filmie. Usnął na moich kolanach. Głaskałam mu więc głowę i oglądałam serial. A on tylko mruczał przez sen z wyrazem zadowolenia.. A ja kiziałam, i kiziałam i patrzyłam jak słodko śpi, i choć wydawałoby się, że śpi dosyć twardo, to gdy tak sobie na niego patrząc i kiziając wyszeptałam ,,Kocham Cię” odpowiedział przez sen ,,A ja Ciebie Skarbie. Dobrze mi tu z Tobą.”. I tak tkwiliśmy jakieś dwie godziny, a ja czułam, że niczego więcej mi nie potrzeba…

Przynajmniej na razie. ;)




W oczekiwaniu?

Czy też macie czasem wrażenie, że człowiek całe życie na coś czeka? Albo może inaczej. Też towarzyszy Wam takie ciągłe przeświadczenie, że ,,życie dopiero się zacznie”? W moim przypadku to wygląda tak, że odkąd pamiętam, jakieś poszczególne wydarzenia w moim życiu, na które czekam, wiążą mi się z takim uczuciem, że to będzie swego rodzaju ,,nowy początek”. Nie wiem czy uda mi się dobrze opisać to uczucie. Ciężko mi je zdefiniować. Ciągle mam takie wrażenie, że życie dopiero się zacznie.. a tak na prawdę ono ciągle leci. Czas płynie nie ubłaganie z moim już 24 letnim udziałem!

Najpierw, że ,,oh zacznę 4tą klasę, zacznie się prawdziwa nauka”. Potem te 3 lata zlatują całkiem normalnie, bez odczucia jakiejś ogromnej zmiany. Potem pojawia się myśl ,,Ohh gimnazjum, to już poważna sprawa!”… i dalej nic spektakularnego. Idąc do liceum pojawiały się myśli ,,no jestem prawie dorosła, liceum, matura, trzeba spoważnieć, TERAZ TO SIĘ ZACZNIE”… i dalej 3 lata liceum po prostu lecą, bez większych problemów. Studia! ,,O matko! Toż to już dorosłość. Trzeba samemu uprać, zrobić zakupy i ugotować (albo odgrzać spakowany od mamy :D) obiad! I nikt mnie nie obudzi do szkoły! TERAZ TO SIĘ ZACZNIE!”. W międzyczasie wizja zamieszkania z WtedyJeszczeChłopakiem! ,,Tak wiele się zmieni! W końcu razem zamieszkamy, ojejku jejku!” A potem okazuje się, że wstajemy rano i idziemy na uczelnie/do pracy tak samo jak wstawaliśmy w każdy weekend razem i robiliśmy tysiąc innych rzeczy. Później wyjeżdżamy za granicę.. ,,TERAZ TO SIĘ ZACZNIE! TAK WIELE SIĘ ZMIENI!”. A po raptem kilku dniach nowe miejsce staje się takie normalne i codzienne. Później oczekiwanie na własne mieszkanie i przeprowadzka z wynajmowanego pokoju! ,,TAK WIELE SIĘ ZMIENI! W końcu ‚na swoim’ Będzie tak super!”. A potem każdy dzień okazuje się jak każdy inny. Tylko w nowych ścianach. Później przede mną był ślub! Toż to wielkie wydarzenie! ,,TAK WIELE SIĘ ZMIENI! Taki NOWY ETAP w ŻYCIU!” I jakież rozczarowanie gdy wracamy do UK do naszego mieszkania, tego samego co wcześniej.. i w sumie NIE WIELE SIĘ ZMIENIA. (wiem, mogliśmy razem nie mieszkać do ślubu ktoś powie… a ja powiem, że to temat na osobny wpis) W sferze naszej intymności i naszej relacji się zmienia wiele, da się to odczuć, ale w codzienności?! Jedynie słowa ‚mój narzeczony/narzeczona’ zamieniły się na Mąż i Żona. Ciągle czekam na COŚ NOWEGO. Na nowy etap, na jakąś zmianę, na jakieś większe emocje, które miałyby rzekomo wejść do mego życia na stałe (nie mówię, że dzień ślubu nie dostarczył mi emocji!), a tu nic. Za chwilę wszystko staje się takie zwykłe. Takie codzienne i normalne. I tak ciągle czekam, i z każdym wydarzeniem wiążę nadzieję, na odczucie jakichś większych emocji. Takich jakie kiedyś towarzyszyły mi przy wyjeździe na wakacje, albo wycieczkę szkolną! Taka radość nieposkromiona. I zastanawiam się czy to ze mną coś nie tak, czy to spotyka wszystkich, gdy dorastają, że wszystko trochę mniej cieszy?! No i czy tylko ja tak mam, że ciągle na coś czekam…?! Na chwilę obecną czekam na przeprowadzkę oraz dziecko (jeszcze w ciąży nie jestem, planujemy dopiero :D). I zastanawiam się czy chociaż to macierzyństwo wprowadzi w moje życie jakieś większe emocje? Czy po kilku tygodniach codzienność z bobasem też stanie się taka zwykła?

Co do mieszkania to jest również kwestia zapału. Gdy wynajmowaliśmy obecne mieszkanie, cieszyło. Wyobrażałam sobie jak je urządzimy, jak będę o nie dbać, będę perfekcyjną Panią domu! I tak było na początku! Aż chciało się sprzątać w każdy weekend. Cieszyło jego malowanie, urządzanie, sprzątanie.. Aż po kilku miesiącach, stało się takie zwykłe i sprzątam je bo muszę, a nie bo mnie to cieszy. I w ogóle bałagan dużo mniej mi teraz przeszkadza. Mam nadzieję, że choć trochę rozumiecie o co mi chodzi. A rozumiecie na pewno jeśli macie podobnie. Jeśli nie. To znaczy, że jestem inna i chyba mam problem?

To jak to jest u Was??